CHOCOMAGAZYN #2



CHOCOMAGAZYN #2

Jako stała korespondentka z miasta Lublina, donoszę serdecznie i uprzejmie, iż drugi numer Chocomagazynu, którego uroczysta premiera miała miejsce na festiwalu POMADA w mieście stołecznym Warszawie, dostępny jest już w wersji on-line. O ile możliwość wejścia w posiadanie ekskluzywnej wersji papierowej miała zaledwie garstka około osiemdziesięciu osób (co spowodowane było ograniczoną ilością egzemplarzy rzeczonego pisma), o tyle wariant elektroniczny może posiadać, a nawet przeczytać każdy. Na szczególną uwagę zasługuje w moim mniemaniu trzecia część magazynu, na którą składają się frazy z wyszukiwarki internetowej, po których internauci trafiali na witrynę chocogarcon.blog.pl, a także wspaniałe komentarze, które gros fanów pozostawił pod niezliczonymi wpisami.

Byłam w warszawskim Planie B, gdzie została umieszczona instalacja promująca Chocomagazyn – wyznała przy okazji internetowej premiery Teresa de Lorsange – Nigdy wcześniej nie przyszło mi bawić w mieście stołecznym, dlatego czułam się nieco podenerwowana. Na miejscu poznałam sympatycznego i, jak mi się z początku wydawało, uczciwego mężczyznę, który od razu zachwycił mnie swoją otwartością, serdecznością i pogodą ducha. Mężczyzna ów, który przedstawił mi się jako Karol, miał około trzydziestu lat, odznaczał się na tle innych gości wzorcową elegancją, zadbaniem i kulturą osobistą, dodatkowymi jego atutami była niezwykle przystojna twarz i oczy, które wyrażały jedynie dobro i szlachetność. Mój nowy znajomy – kontynuowała – zauważył z pewnością moje skrępowanie obcym środowiskiem, dlatego powziął postanowienie objęcia mnie swoistą kuratelą towarzyską; nie odstępował mnie tego wieczora na krok, bawił interesującymi rozmowami natury moralnej, zapoznawał z szeregiem ciekawych osobistości i nie pozwalał bym choć przez chwilę czuła się nieswojo. Mój Boże, myślałam, nigdy bym nawet nie podejrzewała, że poznam w tym miejscu osobę tak życzliwą i przychylną, tak ciepłą i inteligentną, a jednocześnie tak bezinteresowną i przyjazną! Ach, jak bardzo się myliłam… jakże naiwna i otumaniona przez jego sofizmaty byłam, jak głupia i bezmyślna przyszło mi przekonać się dopiero po północy, gdy po godzinach wspaniałych rozważań i doskonałej zabawy, mężczyzna ów zaproponował, że odprowadzi mnie do hotelu. Zmylona przez jego pokrętne strategie i udawaną życzliwość, przystałam na tę propozycję bez cienia sprzeciwu, licząc w duchu, iż uszanuje on moją cnotę z równym dostojeństwem co w Planie B. Ponieważ mój hotel znajdował się na Pradze, Karol zaproponował, że po drodze pokaże mi uroki stołecznej rzeki, która nocą podobno wygląda niezwykle majestatycznie, na co znów bez wahania się zgodziłam. Kiedy znaleźliśmy się na nadbrzeżu, mój „opiekun” niespodziewanie zmienił się z duszy towarzystwa w osobę zniecierpliwioną, a nawet opryskliwą, na moje pytania odpowiadał niechętnie i zdawkowo, wyraźnie czegoś wyczekując. Po kilku minutach dostrzegłam zbliżającą się do brzegu łódkę, na której pokładzie siedziało dwóch zamaskowanych drabów. „Wsiadaj Tereso albo zginiesz!”, powiedział stanowczo Karol, po czym pochwycił mnie i bezlitośnie rzucił na brudny pokład łodzi. „Ta mała kurwa przyszła do Planu B zobaczyć Chocomagazyn”, rzekł do swoich towarzyszy, po czym ci dwaj skrępowali mnie brutalnie ciasnymi sznurami, zakneblowali i zasłonili przepaską oczy. Wyraźnie poczułam, że odbiliśmy od brzegu, a ponieważ nie słyszałam wytężonej pracy wioseł, wywnioskowałam, że płynęliśmy w dół rzeki. Ta koszmarna podróż trwała kilkanaście minut, w jej trakcie trzej bandyci nie odezwali się ani słowem, co jeszcze bardziej potęgowało mój strach i przerażenie. Po jakimś czasie poczułam, że łódź dobija do brzegu, następnie wyciągnięto mnie i wleczono po plaży, by potem wrzucić bestialsko do jakiejś komory, która, o czym przekonałam się po usłyszeniu gwaru silnika, okazała się być bagażnikiem samochodu. Związana, wleczona w nieznanym kierunku, przerażona do granic możliwości i upokorzona fatalnymi warunkami transportu, nie pozostało mi nic innego, jak oddać się modlitwie. Mimo niemożności złożenia dłoni na znak wiary i oddania Wszechmogącemu Bogu i wbrew zakneblowaniu, recytowałam najgłośniej i najwyraźniej jak mogłam w tak fatalnej sytuacji wszystkie znane mi modlitwy. Błagając Boga Ojca o ratunek i obiecując Mu moje wieczne oddanie i nieskończoną wiarę, nie zorientowałam się, iż podróż dobiegła końca; uświadomiłam to sobie dopiero, gdy trzej bandyci otworzyli bagażnik i wywlekli mnie na zewnątrz. Słysząc moje rozpaczliwe próby modlitwy, poczęli mnie bezwstydnie wyśmiewać i obrażać Wszechmogącego. „Mój Boże!”, myślałam, „Wybacz tym bezbożnikom, gdyż pobłądzili w grzechu ateizmu!”. „Ty mała kurwo!”, poznałam głos Karola, będąc wciąż skrępowana i przepasana opaską na czach, „Ty łajdaczko! Twój Wszechmogący Bóg nie tylko nie jest zainteresowany twoimi tarapatami, ale przede wszystkim nie istnieje, jest jedynie wymysłem zatrutych religijnymi fekaliami umysłów, które za sprawą tego wynaturzenia zatraciły całkowicie zdolność do myślenia i zamieniły się w bezładną masę kału. Jedyną siłą – kłamał bezwstydnie – której należy się jakakolwiek cześć i szacunek jest beznamiętna natura, a raczej przypadkowe i pozbawione kierunku oraz celu procesy naturalne, za których sprawą pojawiłaś się na świecie i, jeśli nie zrobisz, co każę, znikniesz z niego, by rozłożyć się na garść atomów i przepaść na zawsze”. Gdy skończył ten kłamliwy wywód, polecił dwóm oprychom przenieść mnie w jakieś bliżej nieokreślone miejsce, następnie rozwiązać, wyjąć knebel i zdjąć przepaskę z moich oczu. „Oto miejsce twojej pokuty, Tereso!”, oznajmił mi Karol, po czym zapalił pojedynczą żarówkę. W półmroku dostrzegłam pomieszczenie przypominające obmierzłą piwnicę, klęczałam na zimnej i twardej podłodze, po obu moich stronach znajdowały się dwa nieprzyjazne oprychy, a naprzeciwko mnie w fotelu obitym skórą siedział mój oprawca. „Wyznam ci coś, Tereso…”, zaczął Karol, „Jestem homoseksualistą i jeśli cokolwiek brzydzi mnie bardziej niż twoja podła płeć, jest tym wiara religijna. Od razu zauważyłem w Planie B, że jesteś przyjezdna, nikt spośród warszawiaków, a tym bardziej tych spedalonych gówniarzy nie wierzy już we Wszechmogącego Boga, ich katolickie korzenie dawno już wyschły, przez co osoby te są dla mojej bestialskiej natury zupełnie nieatrakcyjne. Jestem w stanie zawiązywać z nimi związki oparte na szczerym uczuciu, szacunku i przywiązaniu, jednakże z powodu ich ateizmu, nie mogę z nimi zaspokoić moich chorych, sadystycznych fantazji, przez co bardzo cierpi moje życie seksualne. Znajdujemy się w ścisłym centrum Warszawy, jednakże nikt nie wie o istnieniu tego lochu, jesteś więc skazana na moją łaskę. Prawdopodobnie umrzesz tutaj, Tereso. Nie mam jednak zamiaru pozbawić cię życia od razu. Najpierw będziesz brutalnie gwałcona przez moich biseksualnych towarzyszy, których bezwzględna natura obdarzyła najdłuższymi, najgrubszymi i najbardziej nienasyconymi penisami; następnie poddawana najbardziej wyrafinowanym torturom: bita, podduszana, maltretowana w miejscach intymnych za sprawą sztyletów, wosku a nawet rozjuszonych zwierząt, penetrowana w każdy możliwy otwór cielesny nieostruganymi kijami, metalowymi prętami i kijami bejsbolowymi; na koniec zaś posłużysz moim przyjaciołom za sedes, na który oddadzą wszystkie swoje potrzeby fizjologiczne. Jeżeli podczas tych kaźni okażesz choćby cień jakichkolwiek praktyk religijnych, zostaniesz bestialsko zabita, a twoim ostatnim widokiem będzie mój orgazm, do którego doprowadzi mnie twoje cierpienie. Twoim jedynym ratunkiem jest zatem szczere wyrzeczenie się Boga, Tereso! Uratujesz swoje życie jedynie, jeśli odrzucisz ten bezwstydny sofizmat i oddasz się bez reszty wulgarnemu ateizmowi! Gwałćcie ją!”, rzucił do swoich towarzyszy.
Przez trzy tygodnie poddawana byłam w tym ponurym lochu najbardziej ohydnym, plugawym, bestialskim i pozbawionym resztek miłosierdzia praktykom. Gwałcono mnie i torturowano, pozbawiano mnie godności osobistej obrzucając fekaliami i każdym innym rodzajem nieczystości. Jednocześnie wyzywano najgorszymi kalumniami Najwyższego Boga, chcąc wzbudzić we mnie wobec Niego odrazę lub sprowokować szczerą modlitwę za ich grzechy. Przez cały ten czas ani razu jednak nie zdradziłam się z jakimikolwiek praktykami religijnymi, oddając cześć Bogu jedynie w swojej duszy, co rozjuszyło moich oprawców do tego stopnia, że sami nawrócili się na wiarę katolicką i darowali mi życie.



chocogarcon 2011-07-02 23:32:52
skomentuj (1)